Odbyło się dzisiaj u nas spotkanie „wigilijne” uczestniczek grup wsparcia z poprzednich lat.
Są to matki rozpoczynające działanie w rodzinie i w sobie przed wielu laty, nawet piętnastu.
Mają dorosłe dzieci, dobiegające czterdziestki lub krótko po trzydziestce. Te dzieci radzą sobie różnie: niektórzy wiodą zwyczajne, znojne życie. Tych jest większość. Są rodziny, wnuki, codzienne problemy, komuś trzeba pomóc, z kimś zrobić kolację, wyjechać do syna, na tyle czasu co do jego brata,(wyliczają sobie i matce skrupulatnie), zająć się cudowną wnuczką córki, pracującej w korporacji, znaleźć żonę synowi zajętemu pracą za granicą (na jego prośbę), znaleźć w sobie pokłady miłości do dzieci partnerów naszych dzieci, które przecież niczemu winne…Te są historie pozytywne, budujące, życiowe, jak każdego z nas…
Było kilka matek, których życie nie poszło tym torem. Dzieciaki dalej bujają się w świecie narkotyków, próbują tej terapii lub innej, pozostają w abstynencji dłużej lub krócej, ale zawsze pozostają w fizycznym związku z matką , ojcem. Związki trwają , się pomaga dziecku, z przekonaniem że ono tego chce, nie dopuszczając myśli o jego samodzielności, potrzebie samostanowienia, decydowania o sobie i w końcu samoocenie.
Co powoduje, że one ( matki i ojce) tkwią w przekonaniu o swojej nieodzowności w życiu swoich dzieci? Nie chcę słuchać wywodów psychologów. Zastanawiam się nad tym fenomenem już kilka dobrych lat….
